Fotorelacje z podróży

Kreta

by Piotr on sie.09, 2011, under Kreta

 

 

 

 

 

 

 

Wakacyjny rodzinny pobyt na greckiej wyspie. Udany wypoczynek na gorącej plaży i w ciepłym morzu. Zdjęcia z Krety

1 komentarz więcej...

Irlandia

by Piotr on maj.22, 2011, under Irlandia, Plenery wspólne

Tygodniowy objazd całej wyspy. Około 1500km ruchem lewostronnym wypożyczonym autem. Odwiedziliśmy z Robertem Dublin, Wicklow, Corck, Killarney, Galway, Sligo, (London)Derry, Belfast, Ben Bulben, Klify Moheru i większość pubów po drodze.
11-17.04.2011

Zdjęcia z Irlandii


Skomentuj więcej...

Wyjazd na Beatyfikacje Jana Pawła II

by Piotr on maj.22, 2011, under Plenery indywidulane

Jazda nie była tak męcząca jak potem walka z napierającym tłumem. Od 1.00 w nocy byłem na miejscu prosto z autobusu po 26 godzinach jazdy. Ścisk niewiarygodny. Mogłem znaleźć się na Placu Św. Piotra – mojej grupie się udało ale wycofałem się z powrotem w kłębiący się tłum. Trochę to przypominało rzekę z wirami. Przepychali się ci co parli w kierunku placu chcąc potem (otwarcie było o 5.30) tam wejść i zderzali się z tymi, którzy za wszelka cenę chcieli to miejsce opuścić. Do tego dołączyli ci, którzy mimo panicznych wysiłków nie mogli dostać się do toalet. Wszystko działo się naprzeciwko punktu medycznego, do którego co parę minut rozpychając się niemiłosiernie ratownicy dostarczali omdlałych pielgrzymów. Tłum na granicy paniki, brak możliwości jakiegokolwiek ruchu, nie można było sobie nawet buta zawiązać, plecak, torba na ramieniu z kocem i piciem i aparat w rekach. Trwało do do czasu otwarcia placu. Potem kiedy zrobiło się jasno sytuacja się uspokoiła. Na plac nie chciałem wejść, trochę żałuję bo byłbym widoczny w telewizji Smile jak reszta mojej grupy ale nie miałbym swobody w przemieszczaniu się. Poza tym na placu było mnóstwo fotografów i idealny porządek. Po 9 godzinach od przyjścia trzygodzinna msza (też robiłem zdjęcia – mój kompakt w dzień sprawił się o wiele lepiej niż lustrzanka). Zbiórka o 19.00 i załadunek do autobusu i znowu 26 godzin jazdy.

Zdjęcia z Beatyfikacji na www.piotrborowski.eu w kategorii Fotoreportaże.

Skomentuj więcej...

Szczegółowe sprawozdanie z objazdu Islandii z Klubem Podróży Horyzonty (6-16.07.2008)

by Piotr on sty.03, 2011, under Islandia

6 lipca

- po nocnym spotkaniu na lotnisku w Keflaviku przejechaliśmy do pobliskiego Grindavik na nocleg i regeneracje po podróży,

- rano wyruszyliśmy na cały dzień do Reykjaviku, gdzie w czasie krótkiego spaceru odwiedziliśmy między innymi miejski ratusz z wielką przestrzenną mapą kraju,

- po kilku godzinach czasu wolnego pojechaliśmy do Hafnarfjordur (południowe przedmieścia stolicy) na nocleg w schronisku i wieczorne spotkanie integracyjne.

7 lipca

- przy pięknej pogodzie przejechaliśmy tzw. Złoty Pierścień: Park Narodowy Thingvellir z widocznym na powierzchni uskokiem płyt kontynentalnych i spacerem po tundrowym krajobrazie do niewielkiego wyniesienia terenu Skogarkot; rejon silnej aktywności geotermalnej z drzemiącym gejzerem Geysir i aktywnym, spektakularnym Strokkur; wodospad Gullfoss z charakterystycznymi progami ułożonymi po kątem prostym i bryzą przemaczającą śmiałków, którzy chcieli spojrzeć na kaskady z bliska,

- po całym dniu udaliśmy się na nocleg do Selfoss.

8 lipca

- wcześnie rano wyruszyliśmy ponownie w stronę Reykjaviku, aby minąć go obwodnicą i udać się do zachodnich zakątków wyspy – półwyspu Snefell,

- po drodze wspięliśmy się na malowniczy, ostro zarysowany wulkaniczny krater Eldborg (nomen omen „góra ognia”),

- z krótkim postojem przy drodze dojechaliśmy do Arnarstapi skąd przeszliśmy wybrzeżem do Hellnar obserwując ciekawe formy bazaltowe rzeźbione przez morze i amerykańskie kaczki kamieniuszki, naszej wędrówce od początku towarzyszył widok górskiego lodowca Snefellsjokkul,

- wyruszywszy z Hellnar zatrzymaliśmy się jeszcze przy klifach Londrangar, gdzie przeglądaliśmy kolonie ptaków z nadzieją na znalezienie maskonura,

- dalej przy drodze zatrzymaliśmy się na 24O W (24 południk długości zachodniej) po czym pojechaliśmy na nocleg do Stykkisholmur po drodze zdobywając niewielki szczyt Helgafel, oferujący spełnienie pomyślanych życzeń, zainteresowani ptakami mieli szansę obserwacji nura lodowca, także amerykańskiego gatunku,

9 lipca

- rano wyruszyliśmy w długą trasę (z 40-minutowym postojem nad niewielkim kanionem rzeki Skrauma), żeby wczesnym popołudniem po wielu kilometrach pokonanych szutrowymi drogami dotrzeć na północ półwyspu Vatnsnes, gdzie obserwowaliśmy foki i różne gatunki morskich ptaków,

- kilkanaście kilometrów dalej odwiedziliśmy tzw. Pijącego Łosia, przy którym uwieczniliśmy się na wspólnym zdjęciu, niedaleka wędrówka od efektownej skały zaprowadziła nas już do schroniska w Osar (z kolonią fok na pobliskiej lagunie), gdzie oprócz odpoczynku odbyliśmy wspólną „naradę wielorybniczą” przed czekającym nas rejsem.

10 lipca

- wcześnie rano wyruszyliśmy w drogę, intensywny dzień zaczęliśmy od wizyty w drugim największym mieście Islandii – Akureyri – z ogrodem botanicznym, charakterystycznym kościołem i kameralną starszą częścią miasta,

- w drodze do portu Husavik odwiedziliśmy wodospad Godafoss,

- popołudniu dotarliśmy do portu Husavik, skąd wypłynęliśmy na morskie safari, które zaowocowało obserwacjami humbaków i płetwali błękitnych, mimo przestróg i zapowiedzi poza wielorybami rejs nie dostarczył nam innych „atrakcji”,

- w drodze na nocleg do Reykjahlid udało nam się dostrzec ciekawą i nieuchwytną sowę błotną.

11 lipca

- cały dzień poświęciliśmy na eksplorację okolic jeziora Myvatn,

- pierwsze, poranne kroki stawialiśmy w labiryncie lawowym Dimmuborgir, gdzie oprócz ciekawych form lawowych obserwowaliśmy największego sokoła – białozora,

- chętni z labiryntu wyruszyli na górujący nad okolicą krater Hverfjall, powstały w wyniku gazowej erupcji,

- po zejściu z krateru z niedługim postojem na obserwacje ptaków nad jeziorem (gągoły północne, nur lodowiec) przejechaliśmy do tzw. pseudokraterów, między którymi w trakcie lekkiego spaceru obserwowaliśmy ponownie białozora, nura lodowca, perkoza rogatego i kilka północnych gatunków kaczek, po spacerze i przerwie obiadowej zamknęliśmy okrążenie wokół jeziora i przejechaliśmy do Hverarond – pola siarkowych błot, solfatarów, fumaroli; chętni spojrzeli na okolicę z masywu Namafjall, który wymagał półgodzinnej wspinaczki po stromej ścieżce,

- następnym miejsce na trasie, przekształconym przez działalność wulkaniczną były pola lawowe Krafli z dymiącą lawą z erupcji z lat ’70 ubiegłego wieku,

- przed powrotem do schroniska zajrzeliśmy jeszcze w oko krateru Viti, wypełnionego turkusową wodą,

- po krótkiej przerwie udaliśmy się na odpoczynek do gorących basenów

12 lipca

- wcześnie rano opuściliśmy Reykjahlid i z nieprzewidzianym powrotem i ponownym postojem przy fumarolach i solfatarach pojechaliśmy do słynnego Dettifoss zwanego Europejską Niagarą; od wodospadu przeszliśmy do mniej znanego, przyćmionego sławą Dettifoss, wodospadu Selfoss o charakterystycznym, równoległym do koryta rzeki, niewysokim progu,

- spod Dettifoss wyruszyliśmy w daleką trasę do Stafafell odległego o niemal 400 km,

- po drodze zatrzymaliśmy się na zakupy w Egilstadir i krótki postój w porcie Djupivogur, a także na niegościnnym, wietrznym cyplu Hvalnes z niewielką latarnią morską,

13 lipca

- późnym rankiem wyruszyliśmy na marszrutę do „kolorowego wąwozu” Hvannagil i a z powrotem prowadząca wzdłuż sandru rzeki Loni,

- popołudniu ponownie znaleźliśmy się w schronisku Stafafell

14 lipca

- rano wyruszyliśmy w daleką drogę,

- pierwszy przestanek zrobiliśmy przy Lodowcowej Lagunie (Jokkulsarlon), po której chętni pływali starymi amerykańskimi amfibiami wojskowymi i kosztowali smaku lodowcowego lodu,

- po krótkim postoju przy rzadko odwiedzanej lagunie Fjalsarlon udaliśmy się pod jeden z jęzorów lodowca Vatnajokkul; w trakcie dwóch pieszych wędrówek podeszliśmy do czoła lodowca i wspięliśmy się nad lodowiec, żeby wrócić przez wodospad Svartifoss i wioskę Sel, zamykając w ten sposób pętlę,

- po drodze odwiedziliśmy maleńki kościołek torfowy w Nupstadur,

- po niedługiej jeździe dotarliśmy do Vik, skąd zaopatrzeni w pamiątki udaliśmy się pamiętną drogą do Thakgil na nocleg w niewielkich domkach w dolinie pod lodowcem Myrdal,

15 lipca

- rano, po ponownej wizycie w Vik, zdobyliśmy wysokie klify Dyrholaey, gdzie wreszcie napatrzyliśmy się z bliska na maskonury, ale także ciekawe formy skalne z charakterystycznym prześwitem, nadającym nazwę tym klifom (Dyrholaey – dziurka od klucza),

- po wędrówkach po klifie i krótkiej wizycie pod wodospadem Skogafoss przejechaliśmy na kąpiel w opuszczonym basenie z gorącą wodą w Sljavellir,

- w drodze na ostatni nocleg w Hvollsvollur zmierzyliśmy się jeszcze z kaskadą niewielkiego wodospadu Seljalandfoss,

- wieczorem podsumowaliśmy wyjazd, wymieniliśmy spostrzeżenia, adresy….

16 lipca

- wczesnym rankiem wyruszyliśmy w stronę lotniska, żeby wylot do kraju móc poprzedzić kąpielą w Błękitnej Lagunie,

- wylot do kraju

Wpis ten oparty jest głównie na relacji naszego wspaniałego przewodnika Witka Muchowskiego. Serdecznie pozdrawiam.

Wszystkie zdjęcia sa do obejrzenia na www.piotrborowski.eu

Skomentuj więcej...

Kijów, Czarnobyl, Prypeć

by Piotr on lis.25, 2010, under Kijów, Czarnobyl, Prypeć

Wyjechaliśmy z Poznania pociągiem o godz. 05.35 18.11.2010r. do Krakowa. Z Krakowa wyruszyliśmy o 14.30 prosto do Kijowa. W sumie około 26 godzin jazdy. Przed Kijowem zatrzymaliśmy się na poranną toaletę i zamówione telefonicznie z autobusu śniadanie angielskie w przydrożnej restauracji. Poz zjedzeniu jajek, bekonu, fasoli i wypiciu kawy ruszyliśmy dalej. Wkrótce wysiedliśmy z autobusu od razu ruszając na zwiedzanie Kijowa. Obejrzeliśmy muzeum – pomnik Matki Ojczyzny, Ławrę Kijowską, Padół, Muzeum Czarnobyla. Pomnik ogromny, Ławra ciekawa i warta obejrzenia, Muzeum Czarnobyla to mnóstwo fotografii, makiety, rekonstrukcje,  mapy, filmy i opowieść Pani przewodniczki. Wstęp w przeliczeniu mniej niż pięć złotych, fotografowanie dwa razy tyle. Zakwaterowanie w Hostelu ( z naciskiem na s :-) ) i obiad. Potem wieczorny spacer z miłymi naszymi pilotkami Alą i Ulą, które pokazały nam Majdan i kilka innych bardzo cennych zabytków kultury ale potem nie uważaliśmy szukając sklepu z zaopatrzeniem bo w długiej podróży zapasy nam się uszczupliły. Po trudnej nocy w pokoju hostelowym nastał jeszcze trudniejszy poranek, tym bardziej, że jeden z nas ustawił budzenie wg czasu polskiego – czyli o godzinę za wcześnie. Po dobrym śniadaniu wsiedliśmy do autobusu wraz z przewodnikami po Zonie – Igorem, który mówił po polsku i Dymitrem, który mówił po angielsku. Po kilkukrotnym sprawdzeniu, że wszyscy maja paszporty ruszyliśmy i po 2 godzinach byliśmy na pierwszym punkcie kontrolnym - wjeździe do strefy. Najpierw podjechaliśmy pod sarkofag reaktora. Wyznaczono nam linię nie przekraczalną i kierunek fotografowania. Nie wolno fotografować zabezpieczeń choć na oko to tylko drut kolczasty na płocie.

Następnie podjechaliśmy do Prypeci – miasta, które zostało bardziej skażone niż Czarnobyl, i z którego w jeden dzień ewakuowano 52 tys. mieszkańców. Jeśli chodzi o promieniowanie to nie jest zabójcze – 3,5 mikrosiverta/godz w pobliżu sarkofagu do maksymalnie 10 usv/h w pobliżu rudego lasu. Rudy (czerwony) las to miejsce, gdzie przeszedł główny pióropusz opadu radioaktywnego. Drzewa – sosny – przybrały czerwono rudy kolor pod wpływem rzeczywiście ogromnej wówczas dawki promieniowania. Las ten jak i domy w sąsiedztwie po prostu zakopano a i tak poziom promieniowania jest tam najwyższy w całej strefie. Kumulacja radioaktywności jest wyraźna w mchu i trawie oraz wszelkich szczelinach w podłożu. samo miasto jest wymarłe – opuszczone i zdewastowane. Do niektórych budynków, zwłaszcza na wyższe piętra nie ma wstępu. brak jest schodów lub stropy grożą zawaleniem. Pozostałości – przedmioty pozostałe po mieszkańcach robią wrażenie choć widać, że to ekspozycja dla turystów. Zobaczyliśmy Dom Kultury, Dom Handlowy, Hotel, żłobek, szkołę, basen, wesołe miasteczko, mieszkania, teatr. Po tym wszystkim zjedliśmy bardzo dobry ukraiński obiad w Czarnobylu i po kontroli dozymetrycznej wyjechaliśmy ze strefy. Po powrocie do Kijowa (ok. 2 godz. drogi) prysznic w hostelu, ostatnie zakupy i o 20.30 start podróży powrotnej. Na granicy 2 godziny oczekiwania z kontrolą wybranych bagaży - właściwie szukanie tylko alkoholu i papierosów. Jazda powrotna – próby spania i ciągłe zmiany pozycji. W Krakowie byliśmy o 12.30 i o 13.35 wsiedliśmy do pociągu do Poznania.  Wrażenia silne, miejsce z pewnością unikatowe.
Zdjęcia z wyprawy

Skomentuj więcej...

Chiny klasyczne 14-23.10.2010

by Piotr on paź.15, 2010, under Chiny klasyczne

14.10.2010

Wyjazd 14.10. o godz. 7.30. Bez problemu dojechaliśmy do Warszawy o godz. 12.05 (na parking). Przed zbiórką ze spokojem wypiliśmy dobrą kawę cappuccino cynamonową naprawdę dobrą.  Grupa okazała się liczna bo 31 osobowa. Poznaliśmy pilota Krzysztofa. Po formalnościach zapakowaliśmy się do samolotu (Embraera 175 LOT) i siedzieliśmy w nim 40 minut do startu bo jakieś „vipy” zajęły przestrzeń powietrzną i Bruksela zwiadująca ruchem powietrznym nad Europą nie dawała zgody na wylot. Potem już bez kłopotów wylądowaliśmy na lotnisku Szeremietiewo w Moskwie po 4 godzinach czasu lokalnego (a 2 godzinach lotu). Tam już dao się odczuć, że jesteśmy bliżej Azji – kolory skóry, rysy twarzy, stroje (nawet hinduskie turbany). Udało się na chwilę złapać jakiś internet darmowy ale strasznie wolny.

Z Moskwy polecieliśmy AirBusem 330-300. Cały czas nas karmili i poili. W poręczy fotela był monitorek  z pilotem i wyborem filmów (słuchawki wszystkim rozdali). 7 godzin lotu i miękko wylądowaliśmy w Pekinie. Tutaj dość dużo formalności ale sprawnie szybko.  Lokalna przewodniczka Mary (taki pseudonim bo jej imienia nie da się wymówić) policzyła nas. Od tej pory liczyła nas co chwilę.

15.10.2010

1. Świątynia Lamy

Pierwsze zetknięcie z Buddą. Ta świątynia oddaje w pełni charakter takich miejsc. Kilka kolejnych świątyń otoczonych kadzidłami z posągami Buddy jako stopniowanie napięcia i na końcu Budda gigant bodajże osiemnastometrowy i wyrzeźbiony z jednego kawałka drzewa sandałowego.

2. Hutongi

Pekin za rządów tow. Mao został przebudowany lecz pozostała dzielnica ze starą, nędzną zabudową i do tego nadal zamieszkałą zabudową. Objechaliśmy je starą rykszą napędzaną siła mięśni. (w chińskich miastach jest mnóstwo ryksz ale wszystkie są napędzane akumulatorem lub motorkiem spalinowym).

3. Obiad

Zawsze jemy śniadanie w hotelu, lunch i obiad na mieście. Zawsze w innym miejscu i zawsze coś innego. Jedno co jest wszędzie do okrągłe stoły z obrotowym szklanym blatem pośrodku i pałeczki. Na ogół widelców brak. Nie ma też pieczywa. W dobrym tonie jest mlaskanie, bekanie a nawet pierdzenie (to w duchu konfucjanizmu) i zostawienie kompletnego syfu na obrusie. Sam to widziałem. Przy okazji – konfucjanizm pozostał filozofią a taoizm stał się religią. Zasady taoizmu bardzo nam się spodobały. Zwłaszcza jedna – w razie problemów poczekaj a same się rozwiążą.

4. Ośrodek Olimpijski

Pospacerowaliśmy pod Orlim Gniazdem – gigantycznym stadionem olimpijskim. Nawet na ten plac trzeba przechodzić przez bramki wykrywające metal i prześwietlać plecak. W pobliżu stoi siedmiogwiazdgowy hotel, też wybudowany na olimpiadę. Chińczycy są przesądni co do liczb – stąd data rozpoczęcia olimpiady 8.8.2008. Poza tym przed olimpiadą Chińczycy dostali zakaz pokazywania torsów w rozpiętych koszulach i spluwania na ulicę. A plują obrzydliwie rzeczywiście.

5. Przyjazd do hotelu

Hotele podobne do siebie, na dobrym poziomie. Z ciekawostek – na wyposażeniu jednorazowa szczoteczka do zębów z pastę w komplecie, grzebień i prezerwatywy (rozmiar 52mm więc bezużyteczne). Przy opuszczaniu hotelu pokój jest dokładnie sprawdzany. Gniazdka wszędzie uniwersalne. Internet darmowy ale strasznie wolny (tylko w Szanghaju szybki ale tu hotel sąsiadował z szanghajską giełdą – może dlatego).

16.10.2010

1. Bank of China – wymiana pieniędzy

Nie jest to takie proste. Trwa około 20 minut. Potrzeba 3 Chińczyków, kilku skanów paszportu, bardzo dokładnego obejrzenia każdego banknotu i osobnego zarejestrowania go w komputerze. Yuan jest wart około 46gr i kurs ustalany jest przez państwo. Coca-Cola kosztuje od 2,5-10 RMB. Kawę piją tylko turyści więc jest bardzo droga 25-30RMB (czyli dwa obiady). Taksówki są tanie (zwykle 10 RMB do hotelu po spacerze). Ceny pamiątek bywają szalone (widziałem ogromną (2m) wazę z miedzi pokrytej ceramiką i malowana ręcznie za 23 tys. RMB). Masaż w pokoju hotelowym kosztuje 50 RMB. Masaż stóp w instytucie medycyny chińskiej 20 RMB. Bilet z Pekinu (wagon sypialny) do Xi’an 300RMB.

2. Pałac Letni Cesarzowej Cixi

Piękny pałac z ogrodem nad jeziorem gdzie Cesarzowa odpoczywała podczas letnich upałów. Popłynęliśmy łodzią w kształcie smoka przez jezioro wzdłuż  mostu o siedemnastu przęsłach.

5. Wytwórnia i sklep z perłami

Chiny są producentem pereł z małży słodkowodnych. Zwykle perły z tych słodkowodnych są liczne i nieregularne. Najdroższe są perły złote. Oglądałem – rzeczywiście mają kolor złota i są od niego droższe. Miła Chinka rozpruła jedną małże, pokazała i opowiedziała o perłach.

6. Zakazane Miasto

Klasyczny zabytek Chin. Musze obejrzeć jeszcze raz Ostatniego Cesarza Bertolucciego.

7. Plac Niebiańskiego Spokoju

Na plac wychodzi się z Zakazanego Miasta. Plac ogromny i mimo to nieco zatłoczony. Byliśmy tam (jak i w paru innych miejscach) ciekawostką turystyczna. Chińczycy przyglądali się nam, robili nam zdjęcia, czasami fotografowali się z nami. We wszystkich turystycznych atrakcjach najwięcej jest turystów z Chin więc role czasami się odwracają i to my jesteśmy obiektem zainteresowania. Większość obiektów ma w nazwie słowa typu  spokój i harmonia.

8. Wieczorny wypad do centrum (metrem).

Wreszcie zobaczyliśmy miejsce z klimatem – ruszające sie skorpiony na szaszłyku, kandyzowane jabłka (pyszne), odkurzanie i froterowanie chodnika, znacznie niższe ceny. Super.

17.10.2010

1. Wielki Mur

Bardzo zatłoczone miejsce ale im wyżej tym mniej turystów. Wspinaczka trwa godzinę i jest dość wyczerpująca – w każdym razie z naszej 30 osobowej grupy na szczyt dotarły 4 osoby. Dla Chińczyków każdy kto wejdzie na Mur jest bohaterem. Dostaliśmy certyfikat.

2. Fabryka Ceramiki i lunch (w tym samym miejscu)

Piękne wyroby i szalenie drogie. Ceny w tysiącach.

3. Grobowiec Dynastii Ming

Typowa architektura takich miejsc. Ciekawe miejsce ale nie zaskakuje niczym szczególnym.

4. Aleja Duchów

Aleja posągów różnych postaci ludzkich, zwierzęcych i stworzeń – wytworów wyobraźni ludzkiej. Doskonale zachowane, nie chcieliśmy uwierzyć, że mają 600 lat. Aleja bardzo długa prowadzi do grobowca – ostatnia droga cesarza.

5. Chińska Opera – przedstawienie

Rewelacja – świetny klimat, siedzimy przy stoliku, podczas przedstawiania donoszą nam herbatę, mamy przekąski, na wyświetlaczu z boku na bieżąco jest napisane co dzieje sie na scenie. Treść maksymalnie uproszczona – pierwsze pięć minut facet strasznie wymalowany śpiewa, że jest wkurzony strasznie. Drugie pięć minut kobieta piszczy, że zaśpiewa i zatańczy, żeby rozładować jego gniew. Następne 10 minut faktycznie tańczy machając mieczem. Potem antrakt…

Część grupy poszła na pokaz Kung-Fu, część na pokaz akrobatyki. Wszyscy byli zadowoleni.

7. Wieczorny obiad – kaczka po pekińsku

Idea kaczki to żeby piekła się na zewnątrz i gotowała w środku. Dzieli się ją tradycyjnie na 120 kawałków. Jest smaczna.

18.10.2010

1. Fabryka jedwabiu

Pokaz etapów produkcji i sklep. Można kupić sobie kołderkę. Chińska legenda o jedwabiu – Księżniczka nie może się doczekać powrotu Króla taty i wysyła po niego Konia, którego obiecuje poślubić jak znajdzie tatusia. Król się znalazł ale jak dowiedział się, będzie miał Konia za zięcia to go zabił. Księżniczka zabiła się sama i poszli do nieba zamieniając się w kokon jedwabiu. Taka romantyczna historia w stylu Chińskim. Przewodniczka bardzo się dziwiła że, pokładamy się ze śmiechu.

2. Świątynia Nieba i Pępek Świata

Chińczycy o Chinach nie mówią Chiny lecz Państwo Środka, Środka Świata. A w środku Państwa Środka jest Pępek Świata – i tam byłem.

3. Zakupy w chińskim supermarkecie

To trzeba zobaczyć i przeżyć. Wielopiętrowy bazar ze wszystkim. Targowanie się było świetna zabawą (w krajach arabskich, w których byłem nie lubiłem tego). Chinki są miłe i sympatyczne. Targujesz coś od 3000 y do 200y a potem dowiadujesz się, że przepłaciłeś jakieś 100y  :-) ) Jest wesoło i wszędzie sprzedają „Iphone4″  – można zejść do ok. 400 yanów (200PLN) Drugim takim towarem jest „Lolex” czyli Rolex po chińsku. Są same Rolexy innych zegarków nie ma :-) )

4. Instytut Medycyny Chińskiej (plus masaż stóp)

Był wykład. Na przykład wystarczy położyć trzy palce na tętnicy promieniowej i już wiadomo wszystko o jednej i drugiej nerce i o śledzionie. Było wesoło. najpierw wymoczyliśmy nogi w herbacie. Potem przyszła ekipa masażystów i wymasowała nam stopy. Po całodziennym chodzeniu świetny zabieg. Potem zakupy – najlepiej schodziła maść na hemoroidy i żeń-szeń.

5. Wyjazd pociągiem nocnym sypialnym do Xi’an

Odprawa do pociągu jak na lotnisku – bramki, bilety. W każdym wagonie Chinka, gorąca woda do picia (albo do zupki), kapcie, pościelone miejsca do spania. Jedziemy całą noc – ok. 1000 km. Fajna podróż, mało męcząca -  polecam.

19.10.2010

1. Śniadanie i zakwaterowanie w hotelu

2. Pagoda Dzikiej Gęsi

Obiekt do obejrzenia z zewnątrz. I tyle.

4. Wytwórnia terakotowych żołnierzy

Chiński rolnik kopiąc studnię trafił na terakotowego żołnierza przypadkiem. Podczas naszego zwiedzania siedział i podpisywał swoją książkę. Wykopali tych żołnierzy tysiące choć nie wykopali wszystkich. Można kupić figurki od skali mikro do 1:1.

5. Terakotowa Armia

Trzy duże pawilony z wykopaliskami. Robi to wrażenie i koniecznie trzeba to obejrzeć.

5. Degustacja w herbaciarni

Tu poznałem rytuał i sposób parzenia herbaty i skosztowałem kilka gatunków. Wnętrze piękne. Oczywiście sklep i to drogi.

7. Bankiet pierożkowy

Jak w nazwie – dostawaliśmy po jednym pierogu, straciłem rachubę – chyba 18 rodzajów. Inne kształty, kolory i smaki. Podawały je bardzo miłe Chinki, które mówiły co te pierogi zawierają ale poza tym niczego innego po angielsku nie rozumiały. Mi się najbardziej spodobały pierożki w kształcie kaczki.

8. Wizyta w domu artystki chińskiej.

Przypadkiem (nie było tego w programie) trafiliśmy do prywatnego mieszkania chińskiej rodziny. Ludzie bardzo mili. Oględnie powiem, że żyją bardzo skromnie. Nasza artystka maluje akwarele i nakleja je na jedwab. Kupiliśmy jeden obrazek.

9. Nocny spacer po Xi’an

W dzielnicy muzułmańskiej największy folklor. Trudno do opisać słowami. W zaułkach nawet czaszki psów i kociołki z wrzącą, dziwną i niewiarygodnie cuchnącą breją. Nasz sanepid byłby w szoku. Niewiarygodny hałas i zamęt. Pędzące ryksze, spluwający Chińczycy. Mimo to jest bezpiecznie. Ok. 23.oo rozpętała się burza  – stragany fruwały. Z trudem złapaliśmy taksówkę do hotelu opędzając się od rykszarzy (którzy oferowali nierealna w tych warunkach usługę dwa razy drożej).

20.10.2010

1. Muzeum historyczne prowincji

Odwiedziliśmy chyba bardziej z poprawności politycznej wycieczki niż z ciekawości, chyba, że ktoś lubi oglądać bardzo stare skorupy itp.

2. Spacer (przejażdżka rowerem) po murze okalającym miasto

Mur jest szeroki na 12 m i wybrukowany kostką. Można wypożyczyć rower i cały objechać (ok. 14 km). Mija się wieże obserwacyjne a wzdłuż muru wiszą czerwone lampiony. Lekka mgła ukryła nieciekawe bloki w tle i była bardzo ładnie (i umiarkowanie tłoczno).

3. Wizyta z meczecie chińskim

4. Czas wolny

5. Wyjazd pociągiem do Sznaghaju

Tym razem nadaliśmy bagaż z hotelu w Xi’an i odebraliśmy w hotelu w Sznghaju. Świetna usługa – za 15 PLN nie warto targać ciężkiej walizki. Tym bardziej, że Chińczycy bardzo się pchają i nie ustępują miejsca w zatłoczonych miejscach. Ogólnie maja tendencję do trzymania się w ścisłej kupie – np. chińskie wycieczki nie rozłażą się tak jak europejczycy.

21.10.2010

1. Muzeum historyczne

Dość nudne i typowe jak poprzednie. Wiadomo, że kultura bardzo stara i rozwinięta. Ciekawe były obrazy z Rosji i kaligrafie Japonii

2. Ogrody Yu

Ogrody wspaniałe, naprawdę oaza wyciszenia w hałaśliwej gigantycznej metropolii. Tylko zwiedzających tłumy.

3. Czas wolny

Spacer i zakupy w fajnych pasażach handlowych.

22.10.2010

1. Wjazd na wieżę telewizyjną (460m wysokości)

My wjechaliśmy na 230m, gdzie jest taras ze szklana podłogą – robi wrażenie, nie wszyscy mieli odwagę na nie wejść.

2. Rejs po rzece Huangpu

Wygodny statek i widoki drapaczu chmur na wybrzeżu.

3. Spacer wieczorny bulwarem Bund nie doszedł do skutku z powodu wystawy Expo. Zamknieto wjazd dla autobusów.  To jest ostatni weekend tej wystawy i zjawiło się na niej 800 tys. odwiedzających w sobotę a na jutro spodziewają się 1,2 mln. Wystawa ogromna – po obu stronach rzeki (kursuje prom). Pawilon chiński do odwrócona czerwona piramida. Część grupy pojechała obejrzeć polski pawilon.

23.10.2010

Powrót.

Wylot do Moskwy o 12.20. – 10 godzin lotu. Wylot z Moskwy 21.40 – 2 godziny lotu. Ogólnie podróż trwała 15 godzin plus 4 godziny dojazd z Warszawy do Poznania.
Zdjęcia Chin na stronie Piotra

Skomentuj więcej...

Kolory jesieni w Siennej

by Piotr on paź.09, 2010, under Kolory jesieni w Siennej

Wyjechaliśmy w piątek 8.10.2010 ok. 13.00 i zgodnie z przewidywaniami utknęliśmy w korkach
wrocławskich. Nawet w Kłodzku musieliśmy swoje odstać. Dotarliśmy na miejsce po 18.00 i
trudy podróży zrekompensowalismy sobie pyszną zupą gulaszową i naleśnikami z serem i dżemem,
które na nas czekały na miejscu. To miejsce to Wojciecówka w małej miejscowości Sienna blisko Stronia Śląskiego, leżąca na granicy Parku krajobrazowego Śnieżnika. Pogoda dopisała, było słonecznie i dość zimnno. W sobotę rano pokazał się szron. Fotografowałem od 7.00 rano do 8.00. Potem dobre śniadanie i pojechaliśmy do Stronia. w Stroniu już kiedyś byliśmy i fotografowaliśmy produkcję w hucie szkła, które obecnie została zamknięta. Pojechaliśmy zwiedzić Jaskinie Niedźwiedzia, gdzie nas nie wpuszczono z powodu braku biletów(!) Nie mielismy rezerwacji(?) Nie dostaliśmy sie też do Starego Wapiennika z Ogrodem Japońskim mimo, że na furtce widniał napis: „zwiedzanie 10-18 proszę dzwonić”. Tu po prostu nikt nie pojawił sie mimo uporczywego dzwonienia. Mimo tych niepowodzeń zrobiłem kilka zdjęć naprawde pięknej okolicy. Po obiedzie podjechaliśmy do Idzikowa – tam skręcając w prawo dotarliśmy do Skałek Pasterskich. Płaskie skałki uformowane z czegoś co przypomina beton. Okazało się, że słońce szybko schowało sie za górami i o 18.00 już było po fotografowaniu. Zdążyłem jednak zrobic kilka zdjęć po słońce w mglistym krajobrazie. Ogólnie jeden dzień to zbyt mało by poznać okolicę i zaplanować zdjęcia.
Kolory jesieni na fotografiach.

Skomentuj więcej...

Weekend w Krakowie

by Piotr on lip.05, 2010, under Weekend w Krakowie

02.07.2010r. przyjazd na miejsce ok. 18-tej. Zakwaterowanie przy ul.Kochanowskiego dostatecznie blisko głównych atrakcji turystycznych. Kwatera to mieszkanie z trzema sypialniami. Niedrogo i absolutnie wystarczająco, nawet internet dostępny. Spacer wieczorny po Starym Mieście. Kolacja w jednej z licznych i przyjemnych zarówno w środku jak i na zewnątrz restauracji. Bardzo tłoczno, zwłaszcza dużo młodzieży obcokrajowej. Oświetlenie starówki i tłum nie daje dużego pola do popisu fotografowi.
03.07.2010r. piękna pogoda. Do południa zwiedziliśmy kopalnię w Wieliczce z bardzo ładną panią przewodniczką. Kopalnia pod i nad powierzchnią bardzo zadbana i ciekawa. Mimo, że nie byliśmy w niej po raz pierwszy wycieczka po kopalni spodobała się nam. Z Krakowa do Wieliczki i z powrotem pojechaliśmy pociągiem (2,50/os – uwaga przed dworcem oferuja przejazd samochodem za 10PLN/os). Po południu ponownie starówka ale za dnia, potem Wawel i Kazimierz. Niestety sukiennice obstawione rusztowaniami i zasłonięte płytami wiórowymi. Na Kazimierzu bardzo dużo ludzi – trwa właśnie Festiwal Kultury Żydowskiej. Zjedliśmy czulentę i poszukaliśmy fajnej restauracji Pod Wawelem. Tu zjedliśmy i popiliśmy – było bardzo miło, obsługa świetna.
04.07.2010r. Rano pojechaliśmy do Oświęcimia. Obóz oczywiście przygnębiający ale dobrze, że jest i przypomina o tej historii. Po zwiedzeniu muzeum (tym razem udało się przed tłumami turystów) zjedliśmy obiad w restauracji przy parkingu i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po 6 godz. jazdy ok. 17-tej wróciliśmy do domu.
Ogólnie wszyscy zadowoleni. Spędziliśmy miło czas przy okazji robiąc trochę zdjęć i zwiedzając. Zdjęcia z Krakowa.>

Skomentuj więcej...

Międzynarodowy Zlot Wojskowych Pojazdów Historycznych

by Piotr on cze.26, 2010, under Międzynarodowy Zlot Wojskowych Pojazdów Historycznych

25.06.2010r.
Przyjechaliśmy na miejsce zlotu o 16.20. Przed obozem zapytaliśmy o drogę charakterystycznie ubranych uczestników ale okazało się, że oni mówią tylko po niemiecku – jednym słowem od razu natknęliśmy się na potencjalnego nieprzyjaciela. W bramie obozu zapłaciliśmy za wjazd 70PLN od osoby. W dowód uiszczenia młoda laska zacisnęła nam opaski na ręku i dostaliśmy nalepki. W obozowisku dominuje kurz. Piasek i pędzące pojazdy dają klimat operacji pustynna burza. Od razu poszliśmy obejrzeć tor przeszkód – podjazdy i zjazdy ekstremalnie strome. Rozlewisko błota, w którym grzęźli niemal wszyscy i potem wyciągali się wzajemnie. Odpłatne przejażdżki T55, BWP i inne. Latający wokół helikopter. Liczne stragany ze wszelkimi gadżetami. Zaliczyliśmy wojskową grochówkę. Wieczorem grill. O myciu można zapomnieć, pył jest wszędzie. Spaliśmy w aucie do 5.45. Noc ciepła. Zanosi się na piękny dzień. Dzisiaj parada i rekonstrukcje.

26.06.2010r.
Dzisiaj parada wszystkich uczestników zlotu. Około 10.00 uformowaliśmy  kolumnę, którą przejechaliśmy całe Darłówko. W okolicy plaży wszystkie pojazdy zatrzymały się na postój gdzie publiczność mogła nas oglądać. Potem zakupy i powrót do bazy. Dzisiaj znowu rajdy po błotnym torze, tylko kurz większy. Loty helikopterami (w sumie latały trzy) na niskiej wysokości robiły wrażenie.Nasz Luaz w sumie zepsuł się  osiem razy jak podliczył właściciel ale program przejazdów został zrealizowany. Wieczorem zbieramy się do domu. Planowany przyjazd około 1.00 w niedzielę.

27.06.2010r.

Był to rzeczywiście ciężki test dla wszelkiego sprzętu  – począwszy od ciężkich pojazdów gąsienicowych a skończywszy na moim aparacie fotograficznym. Pył był wszędzie. Jednemu z członków naszej ekipy dosłownie zatarł się obiektyw. Moja matryca nadaje się tylko do czyszczenia. Żałuję, że nie zabrałem osłony. Zdjęcia ze zlotu znajdziesz tutaj.

Skomentuj więcej...

Dni Morza Szczecin 2010

by Piotr on cze.14, 2010, under Dni Morza Szczecin 2010

Wyjechaliśmy 12.06.2010r. z Szamotuł o godz. 8.10 po uprzedniej rezerwacji miejsc przez internet. Pociąg składał się z pięciu starych wagonów ciągniętych przez flagowa lokomotywę z parowozowni w Wolsztynie – Piękną Helenę. Dym i sadza wpadające przez okna tworzyły klimat podróży. Godzinny postój w Krzyżu poświęcony smarowaniu układu napędowego kół parowozu i nabraniu wody na dalsza podróż spędziliśmy penetrując zakamarki dworca kolejowego. W pociągu skorzystaliśmy z kawy i herbaty sprzedawanej z wózka. Przyjechaliśmy do Szczecina około 12.00. Do nabrzeża było niedaleko. A tam wielki festyn. Mnóstwo atrakcji wesołego miasteczka i chleba ze smalcem sprzedawanego na każdym kroku. Natomiast długo szukaliśmy świeżej smażonej ryby. Przycumowane wielkie żaglowce i orkiestra grająca na żywo robiły duże wrażenie. Powrót na dworzec przyspieszył nieco kropiący deszcz. Droga powrotna również z postojem w Krzyżu ale tym razem bez ochrony broniącej dostępu do Pięknej Heleny więc można było obejrzeć ją z bliska i nawet pogadać z maszynistami. Jeden z nich okazał się być Brytyjczykiem. Parowozownia w Wolsztynie jest rzeczywiście unikatowa.  Zdjęcia z wyjazdu na Szczecina

Skomentuj więcej...

Archiwa